Zalew Machowski – sytuacja obecna i przyszła

Poniższy tekst, autorstwa Wacława Pintala, ukazał się w ostatnim numerze Tygodnika Nadwiślańskiego.

Kaczyński non grata
Władze Tarnobrzega od początku nie miały wątpliwości, że Krzysztof Szaraniec został odwołany z funkcji prezesa Kopalni Siarki Machów S.A. za to, że zaprosił do kopalni prezydenta Rzeczpospolitej Lecha Kaczyńskiego. Trudno było uwierzyć w tak małostkowe przyczyny odwołania. Okazały się jednak prawdą!

Szydło wyszło z worka kilka dni później, kiedy tymczasowy zarząd kopalni (Anna Drozd i Kazimierz Stadnik) zakomunikował organizatorom wizyty prezydenta, czyli Urzędowi Miasta, że zarówno kopalnia, jak i jej organ założycielski, czyli Ministerstwo Skarbu nie życzą sobie wizyty głowy państwa w kopalni Machów.

Prezydent miał, według planów, zajechać na taras widokowy nad Jeziorem Machowskim, spotkać się tam z zarządem kopalni, władzami miasta, innymi ministrami (skarbu i ochrony środowiska) i zapoznać się z problemami likwidacji przemysłu siarkowego. Następnie miał udać się do stacji śluz, przez które woda z Wisły wpływa do zalewu. Miał tam symbolicznie zakończyć napełnianie zbiornika po wielkiej, odkrywkowej kopalni siarki. Zalew od kilku tygodni jest już w całości wypełniony wodą. Kaczyński miał zamknąć ostatnią śluzę. To, oczywiście, miał być jedynie symbol, bo śluzy będą stale otwierane w celu wymiany i uzupełniania poziomu wody w zbiorniku.

Kto na czarną listę?

Stanowisko zarządu kopalni potwierdzili w wypowiedziach przedstawiciele ministerstwa – rzecznik Maciej Wiewiór i wiceminister Jan Bury. Uznali, że wizyty osób publicznych w spółkach skarbu państwa nie powinny się odbywać w gorącym okresie kampanii wyborczych (w tym wypadku do europarlamentu). 

Później potwierdzili jeszcze zarzuty (a właściwie ich brak) wobec odwołanego prezesa. Pan Szaraniec został powołany na stanowisko bez przeprowadzenie konkursu w ostatnich dniach rządów Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczył rzecznik Ministerstwa Skarbu –Czas naprawić ten błąd i zweryfikować jego umiejętności. Rada Nadzorcza powinna do połowy maja ogłosić konkurs na stanowisko prezesa spółki. Mogą do niego przystąpić, oczywiście, członkowie starego zarządu. Jeśli wygrają, będą kontynuować swoja pracę.

Chyba nie wygrają… Dość powiedzieć, że w Radzie Nadzorczej zasiadają, wybrani przez załogę, delegaci, którzy do zwolenników pana Szarańca raczej się nie zaliczają – m.in. jego poprzednik Bronisław Gawlik czy Zbigniew Buczek, o którym się mówi, że ma wielki apetyt na stołek prezesa. 

Zostawmy jednak na boku te personalne rozważania. Ważniejsze jest co innego. Doszło otóż w pogoni za „interesikami” politycznymi do kompletnego zachwiania spraw nadrzędnych. Niezależnie od tego, kto jest w danym momencie głową państwa, jego wizyta w mieście takim jak Tarnobrzeg powinna być „ponad podziałami”. Miasto od lat przecież walczy o zmianę swojego wizerunku. Nie chce być kojarzone z degradującym środowisko przemysłem wydobycia i przetwórstwa siarki, co w reszcie kraju nadal jest, niestety, powszechne, lecz z pełnym atrakcji regionem turystyki i wypoczynku. Stąd remont dzikowskiego zamku, plany ścieżek rowerowych wzdłuż Wisły, stanicy wodniackiej nad 500-hektarowym zalewem, nowe boiska i skatepark, remont stadionu.

Mościcki, Kwaśniewski, Kaczyński
I teraz, kiedy nadarzyła się wspaniała okazja, by Jezioro Machowskie choć przez chwilę zagościło na ekranach telewizorów milionów Polaków, strzelamy sobie w stopę i prezydentowi Polski pokazujemy gest Kozakiewicza. Wierzę, że kiedyś zostaną wyjaśnione wszystkie okoliczności tych zdarzeń, a osoby, które do tego przyłożyły rękę, trwale zapiszą się na czarnych kartach historii Tarnobrzega. Obiecujemy im to! Nie wierzę, by był to tylko kaprys ministra Grada z Platformy Obywatelskiej. Sojuszników znalazł na miejscu.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że w historii Tarnobrzeg jedynie dwukrotnie gościł prezydentów Rzeczpospolitej. Ignacy Mościcki gościł w Dzikowie tuż przed wojną, a Aleksander Kwaśniewski w 2000 roku w ramach kampanii wyborczej.

Lech Kaczyński o istnieniu Jeziora Machowskiego zapewne nie ma pojęcia. Wątpię, by wiedział też cokolwiek o przepychankach wokół swojej wizyty w Tarnobrzegu. Mówiąc wprost, jemu jest doprawdy wszystko jedno, jaką wstęgę przetnie i który guzik naciśnie. Ale ten incydent ma wielkie znaczenie dla żeglarzy, turystów i wędkarzy nie tylko z Tarnobrzega. Wszyscy z utęsknieniem czekają na udostępnienie zalewu. Zwłaszcza teraz, kiedy słyszą o jego docelowym napełnieniu. Figa z makiem!

W tym roku na pewno Jezioro Machowskie nie zostanie otwarte dla publiczności! Nie licząc, oczywiście, drugiej już imprezy żeglarskiej Jacht Klubu „Kotwica” pn. „Nowy brzeg – nowa fala” w dniach 19 – 21 czerwca. Tadeusz Gospodarczyk uzyskał, jak poprzednio, jedynie jednorazową, wyjątkową zgodę na regaty i koncerty nad zalewem. Poza tymi trzema dniami jezioro pozostanie terenem górniczym ze strażnikami i całkowitym brakiem dostępu do wody dla osób postronnych. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Zarząd kopalni, zgodnie z obietnicami, wydzielił nad brzegiem zalewu 17 pomp odwadniających i rurę, która odprowadza wody złożowe do przepompowni. Te instalacje zostały ogrodzone i nie będą stanowić zagrożenia dla osób wypoczywających nad wodą. To był warunek konieczny, by pozostały teren przestał być zakładem górniczym. Teraz dopiero minister skarbu może te działki przekształcić z terenu przemysłowego na turystyczno-rekreacyjne. To oznaczać będzie zniesienie ochrony w postaci wszechobecnych strażników i, przede wszystkim, odpowiedzialności zarządu kopalni za wszystkie osoby, które na tym terenie się znajdą. Na razie każdy tam powinien być np. przeszkolony w zakresie BHP.

Ale minister, jak dotąd, nie zniósł terenu górniczego znad zalewu. Dlaczego? Dobre pytanie. Niestety, nie znam odpowiedzi. Miałem nadzieję zapytać o to ministra na tarasie widokowym. Jak wiadomo, nic z tego. Sugerowana przez prezydentów Tarnobrzega odpowiedź jest taka, że ministrowie już tak mają, że decyzje podejmują długo i z wielkim namysłem, a po drugie minister musiałby wiedzieć, komu ten teren przekazuje (lub sprzedaje) skoro sam nie chce już nim zarządzać.

Komu zalew, komu?
I tu pojawia się kolejne pytanie. Dlaczego miasto nie ubiega się o prawa do jeziora? Zastępca prezydenta Andrzej Wójtowicz nieraz jest o to pytany. -To prawda, że większość terenów zbiornika leży w granicach Tarnobrzega. Ale jego właścicielem jest kopalnia, czyli skarb państwa. Dopóki trwały prace rekultywacyjne nawet nie przyszło nam do głowy ubiegać się o te tereny, bo musielibyśmy finansować prace wokół zbiornika. To grube miliony, których absolutnie w budżecie nie mieliśmy. Teraz, po zakończeniu rekultywacji, pojawia się pytanie czy minister byłby skłonny przekazać nam działki za darmo? Osobiście wątpię. To wielomilionowy majątek. Nikt się go, ot tak, nie pozbywa. Po drugie, kopalnia płaci nam, jak dotąd, podatek od tych nieruchomości. Winna jest nam, na dzisiaj, ok. dwa miliony złotych. Po trzecie, jeśli stalibyśmy się właścicielami zalewu, to musielibyśmy w budżecie mieć ok. 1-2 mln zł na zarządzanie nim – sprzątanie, utrzymanie brzegów, prowadzenie plaż i kąpielisk, wymianę wody itp. To poważny wydatek, a przypomnę, że taka działalność nie jest zadaniem własnym gminy. I najważniejsze. Miasto ma nad zalewem ok. 6 hektarów gruntu. Chcemy na nim postawić stanicę wodniacką. Obok zrobić plażę ogólnodostepną wraz z infrastrukturą gastronomiczną i sanitarną. To w zupełności może zaspokoić potrzeby mieszkańców miasta. Czy, żeby zjeść obiad, muszę kupować całą restaurację?

Słowa prezydenta potwierdza ogłoszony właśnie przetarg na projekt stanicy. To ma być naprawdę imponujący obiekt – budynek żeglarski na cele szkoleniowe z zapleczem hotelowym i żywieniowym, wieżą widokową, hangarami na łódki, wiatami na sprzęt żeglarski, altanami rekreacyjnymi, parkingiem na 50 miejsc i trybunami dla 200 osób. Tyle tylko, że w tym roku na placu budowy nie zostanie wbita nawet łopata! Jedynie sam projekt ma być gotowy na grudzień.

Spółka? Z kim?
Kto więc będzie gospodarzem zalewu? Jeszcze w marcu tego roku były prezes Szaraniec mówił mi w wywiadzie dla naszego tygodnika, że bardzo prawdopodobny jest taki wariant, że kopalnia, która specjalnie w tym celu przekształciła się w spółkę akcyjną, założy wraz z miastem nową spółkę pod nazwą np. „Jezioro Machowskie” i ten podmiot będzie administratorem zalewu. To rozwiązanie miałoby wiele zalet – minister oddałby teren „swojej” kopalni, kopalnia miałaby pracę dla ludzi, a miasto wpływ na zagospodarowanie zbiornika. Wilk syty i owca cała. Czy jest to wariant realny? Proszę sobie samemu odpowiedzieć na to pytanie, po odwołaniu dotychczasowego prezesa i incydencie z prezydentem Kaczyńskim. Kto z miasta, które prezydenta zaprosiło, będzie chciał rozmawiać z zarządem, który go z kopalni wyprosił? 

Powstaje pytanie dlaczego kopalnia samodzielnie nie poprowadzi działalności gospodarczej nad zalewem? Ano dlatego, że jako przedsiębiorstwo przemysłowe, nie jest do tego powołana. Może jednak wejść w spółkę z innym niż miasto podmiotem. Na przykład machowskim oddziałem Agencji Rozwoju Przemysłu, które chętnie by się nad zalewem widziało. To jednak tylko spekulacje.
Najbardziej radykalnym krokiem Ministerstwa Skarbu może być sprzedaż terenów nad jeziorem na przetargu nieograniczonym komukolwiek. Wtedy możemy mieć w Machowie drugą Chańczę – zaśmieconą, zasraną i hałaśliwą. 

Na razie wiemy, że nic nie wiemy. Na wodę, co najmniej przez rok, będziemy mogli sobie tylko popatrzeć.

Wacław Pintal